| Strona główna | Piosenki | Kontakt
Romana Dobrowolskiego "Łabiego" poznałam w sierpniu 2008r. w Ustrzykach Górnych. Spędziłam tam z córką tydzień urlopu.
Jednego wieczoru siedzieliśmy ze znajomymi przy piwku w barze Mandragona, słuchając muzyki, tańcząc i rozmawiając. W pewnej chwili muzykę mechaniczną wyłączono, a do mikrofonu podszedł z gitarą facet, który siedział jeszcze przed chwilą przy stoliku obok. Zaprezentowana piosenka była bardzo dynamiczna, ale nie sposób było usłyszeć jej tekstu. Artysta nie znalazł uznania wśród słuchaczy. Plany na następny dzień (pójście w góry) spowodowały, że dla mnie i Gosi wieczór skończył się ok. 1.00. Następnego dnia dwie koleżanki opowiedziały o dalszym ciągu wczorajszego wieczoru, o grze Łabiego, o piosenkach śpiewanych w stodole, gdzie przeniosła się impreza. Opowiadały o wzruszeniu, jakie wzbudziła w nich piosenka "Sasanki". Szczerze mówiąc, z rezerwą odniosłam się do tych opowieści. Zapowiedziały, że tego dnia jest zaplanowane ognisko, na którym będzie także Roman. Wieczorem oczywiście wybrałyśmy się na ognisko. Przyszło sporo ludzi. Było głośno i wesoło. Córka i ja znamy sporo piosenek, pośpiewałyśmy - piosenki Wojtka Bellona, turystyczne, znane z radia. Roman zaśpiewał także kilka swoich piosenek, m. in. "Wąskie tory" - tę piosenkę, którą zaprezentował wczoraj w Mandragorze. Jakby to nie to samo! Teraz można było zgłębić treść piosenki.
Refren piosenki naśladował stukot kół kolejki wąskotorowej. Słowa: "Tak tak tak tak tak tak tak tak…" - to charakterystyczny motyw piosenki. Gdy kolega na jakieś pytanie zamiast krótkiego "tak" odpowiedział tekstem refrenu: "tak tak tak tak…" - Łabi nie obraził się tylko opowiedział nam historię jednej piosenki z festiwalu, która nie zajęła I miejsca, ale została w pamięci ze względu na skojarzenia i rym. Oczywiście, domagałyśmy się zachwalanych rano przez koleżanki "Sasanek"… Łabi stwierdził, że nie panuje tu w tej chwili nastrój na wykonywanie takich piosenek, ale obiecał, że ją zaprezentuje.
Jedną z piosenek, którą wspólnie zaśpiewaliśmy był "Kombajn Bizon" Wałów Jagiellońskich. Zaśpiewałyśmy z córką chórki, które zawsze śpiewamy przy tym kawałku. Gdy Roman to usłyszał, zachwycił się. Tak bardzo mu się spodobała ta wersja, że zaczął namawiać mnie i córkę, abyśmy razem wystąpili w konkursie amatorów w najbliższy piątek na Bieszczadzkich Aniołach. Na festiwalu on wystąpi solo i proponował, że w trójkę możemy wystąpić jako zespół. Nie wzięłyśmy tej propozycji na poważnie. Przede wszystkim dlatego, że piątek mógł być ostatnim dniem naszego pobytu w Bieszczadach, albo nawet dniem powrotu do domu. Ale taka propozycja nas połechtała.
Ranek był już blisko, ognisko dogasało, zaczęło ubywać ludzi, impreza miała się ku końcowi. Czy nadszedł czas na "Sasanki"? Poszliśmy do stodoły. I popłynęły "Sasanki"… Siedziałyśmy zasłuchane, łzy napłynęły nam do oczu, a po chwili, uwolnione, popłynęły po policzkach… Sama nie wierzyłam w swoją reakcję. To był najbardziej wymowny koniec wieczoru. Prawie bez słowa wróciłyśmy do naszego namiotu, gdzie jeszcze długo nie mogłyśmy zasnąć.
Następnego ranka przy śniadaniu, przed wyjściem w góry miałyśmy okazję porozmawiać z Romanem. Spytałam, czy ma może swoją stronę internetową? Czy jego piosenki można znaleźć w Internecie? Czy zostały gdzieś zarejestrowane? Czy można je usłyszeć tylko na żywo? Podobno jakiś pan z Wrocławia nagrywał kamerą koncert Bieszczadzkie Anioły w 2006 lub 2007r. Podobno "Wąskie tory" zarejestrowało Radio Bieszczady… A teksty… są tylko w formie rękopisu, w jednym egzemplarzu…
Po tej rozmowie moja córka zobowiązała się, że niczym etnograf Oskar Kolberg starający się zebrać, ocalić od zapomnienia i usystematyzować regionalną muzykę ludową, postanowiła przepisać teksty piosenek Romana. Chwilę spędzili przy gitarze, gdzie córka notowała chwyty gitarowe do tych piosenek. Każdą wolną chwilę spędziła, niczym mnich średniowieczny, na przepisywaniu tekstów. Łabi jeden jedyny egzemplarz swojego śpiewnika zostawił nam, bo wyjeżdżał już do Cisnej na Anioły. Przed naszym wyjazdem zeszyt miałyśmy zostawić w domu gospodarza.
Pytałam Romana o jego historię, jak długo jest w Bieszczadach, jak tu się znalazł, gdzie na co dzień mieszka?
Zapytałam czy jest szczęśliwy. Odpowiedział bez zastanowienia, że jest szczęśliwy choć biedny. Nad moim następnym pytaniem, czy czuje się wolny - chwilę zastanowił się, zadumał i odpowiedział: "tak, jestem wolny…"
Nie zapytałam tylko o tę miłość, dla której pisze. Może jeszcze kiedyś zapytam…?
Roman opowiadał, że kiedyś, dawno temu w Bieszczadach spotkał Wojtka Bellona.
Może i ja za jakiś czas też będę mogła wspomnieć - spotkałam Łabiego na szlaku…
* * *
Po powrocie z wakacji przeszukałam net. Niewiele znalazłam... Jury Przeglądu Piosenki Bieszczadzkiej Bieszczadzkie Anioły 2005 postanowiło wyróżnić Łabiego - "za bieszczadzki autentyzm i szczerość do bólu". W następnym roku jury doceniło Romana wyróżniając go za "dojrzewający z roku na rok coraz bardziej lokalny koloryt i bieszczadzki klimat". W 2008 r. "Łabi" otrzymał kolejne wyróżnienie jurorów - "za udrożnienie torowiska, trwanie i trwałą". Na Allegro można było kupić książkę, którą zauważyłam także w miejscowym sklepie, na stoisku z pamiątkami - wydawnictwo "Bieszczadzkie twarze", gdzie było zdjęcie Łabiego i króciuteńka, jednozdaniowa informacja.
Kolejne lata przynoszą kolejne nowinki. Romana można było usłyszeć w styczniu 2010 r. w Oberży "Zakapior" w Polańczyku, gdzie pod hasłem "Zakapiorzy i przyjaciele - dzieciom" miała miejsce impreza w ramach XVII finału WOŚP. Jury Konkursu Piosenki "Rozsypane dźwięki" w 2010 r. postanowiło przyznać mu wyróżnienie za osobowość.
Dużo czasu upłynęło zanim przepisałam na komputerze teksty piosenek, zanim napisałam te parę wspomnień.
Jeśli jest ktoś kto ma jeszcze inne teksty Łabiego, może ktoś ma nagrania, swoje wspomnienia - bardzo proszę o kontakt.
